Ostatni bieszczadzcy wypalacze

Zameldować mi się tu jeden! – potężny głos z ciemności grzmi w naszym kierunku. Nikogo oprócz nas tutaj nie ma, więc wypada się przywitać z właścicielem bieszczadzkiego basu. Zostawiamy rowery obok rozpiętego pomiędzy drzewami hamaka i trochę na pamięć zmierzamy w stronę baraków z dykty. Przebijamy się przez bezgraniczny mrok – gęstszy niż dym z palących się retort. W takim miejscu szybko zapominasz o tym, że ostatni raz kąpałeś się 200 km wcześniej, a przepierkę kolarskich ciuchów robiłeś zdaje się, że gdzieś w beskidzkim potoku, tylko po to, żeby chociaż na chwilę zdjąć ciężar piekącego żaru słońca z pleców. Na wypale w ułamku sekundy przesiąkasz zapachem dymu z węgla drzewnego z buków palonych w piecach. Będziesz czuć ten zapach jeszcze kilka tygodni po powrocie do domu… Zresztą nie tylko ty.

Czytaj dalej